#witam serdecznie w…

#witam serdecznie w poniedziałkowe przedpołudnie. Uff, w końcu udało mi się dokończyć ten długaaaśny wpis! Trochę dłużej niż sądziłam zajęło mi też sklejanie filmiku, bo pierwszy raz używałam nowego programu do montowania i jestem na etapie prób i błędów jeśli chodzi o color grading itp. Chciałam się trochę z tym pobawić, żeby nadać lepszy klimat, ale nic z tego, co robiłam mi nie podobało i ze trzy razy w połowie edycji usuwała wszystko i zaczynałam od zera. Ostatecznie postawiłam na brak szaleństw. Jeszcze sporo pracy w tej kwestii przede mną. Jak wspominałam ostatnio – jestem totalną amatorką, więc proszę o wyrozumiałość, bo tworzenie takich filmów to tylko moje małe hobby. Do tej pory tylko moi znajomi to oglądali, więc będzie debiut 🙂

****

Gdzie znajduje się najbardziej nawiedzony dom w Australii i skąd w ogóle wziął się ten tytuł? Jaka jest jego historia i kim byli mieszkańcy? Jak wygląda ghost tour i czy po spędzeniu tam nocy uważam, że dom naprawdę jest nawiedzony?
To wszystko w dzisiejszym wpisie!

TL;DR Spędziłam noc w domu uznawanym za najbardziej nawiedzony w Australii; nic mnie w nocy nie straszyło, ale nie mogłam zasnąć, bo jakiś typ w pokoju obok ciągle chrapał. Nadal nie wierzę w duchy i, chociaż nocne zwiedzanie było klimatyczne, a przewodnik opowiadał ciekawe historie, to zdania na ten temat nie zmieniłam. Mimo wszystko – fajna sprawa, polecam jako ciekawostka turystyczna 🙂

W Australii jest kilka miejsc, które regularnie pojawiają się na listach na „najbardziej nawiedzone miejsce”. Większość z nich to budynki, których byłe przeznaczenie może wskazywać na to, że dziś uważane są za nawiedzone. To między innymi byłe więzienie Port Arthur na Tasmanii (tutaj ma miejsce też dość ciekawa sytuacja, ponieważ miejsce było uważane za nawiedzone od dawna, a dodatkowo pod koniec lat 90. rozegrała się tam Port Arthur massacre – współcześnie najkrwawsza masowa strzelanina w Australii, podczas której Martin Bryant zabił 35 osób i ranił 24 kolejne; po tym wydarzeniu zaostrzono w na całym kontynencie przepisy dotyczące posiadania broni), były szpital psychiatryczny (na przykład dzisiejsze Fremantle Art Centre w Zachodniej Australii, które w latach 1861 – 1868 pełniło funkcję zakładu psychiatrycznego dla skazanych Asylum for the Criminally Insane) czy miejsce, do którego na początku XIX zwożono chorych imigrantów w obawie, by nie rozprzestrzeniać chorób takich jak ospa (tak zwane Q Station /czasem Quarantine Station/ na Manly w Sydney – obecnie przerobione na hotel).
Na wszelakich listach jest jednak jedno miejsce, które zwykle się wyróżnia – pośród wszystkich budynków użyteczności publicznej znajduje się jeden prywatny dom. To Monte Cristo Homestead, położony w Junee, niewielkiej miejscowości około 2 i pół godziny drogi od stolicy Australii, Canberry.

O Monte Cristo dowiedziałam się z podcastu Lore – w 20. odcinku, zatytułowanym Homestead, pierwsza przedstawiona historia dotyczy domu i jego mieszkańców. Zainteresowana tematem, postanowiłam poszukać więcej informacji i okazało się, że dom można nie tylko zwiedzać, ale i spędzić w nim noc. W każdy piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek (z wyjątkiem Bożego Narodzenia) dom jest otwarty dla zwiedzających między 10 a 16. To tak zwane day tours, podczas których goście mogą swobodnie poruszać się między pokojami uznawanymi za nawiedzane przez duchy – czasem towarzyszą im „przewodnicy”, czyli obecni mieszkańcy domu, którzy opowiadają krótkie wycinki z historii domu lub przytaczają perypetie innych gości, którym udało się spotkać zjawy. Bo Monte Cristo to tak naprawdę nie muzeum, ale prywatny dom (nadal zamieszkały!), którego część została otwarta dla żądnych duchów zwiedzających.

Prawdziwa zabawa zaczyna się w każdą sobotę po godzinie 16. To właśnie wtedy rozpoczynają się tak zwane ghost tours – w jednej z nich, w weekend po Halloween, udało mi się uczestniczyć.

Ghost tour to nie tylko samo zwiedzanie domu. W jego skład wchodzi: obiad, 2 i pół godzinne zwiedzanie domu po zmroku z przewodnikiem, spędzenie nocy w jednym z pokoi oraz śniadanie i możliwość samodzielnego zwiedzania domu drugi raz, za dnia (o ile do tego dnia się dotrwa :D). Obiad jest przygotowany osobiście przez nestorkę rodu Ryanów, obecnych właścicieli domu. Ale o obecnych mieszkańcach za chwilę. Najpierw musimy się przenieść w czasie do roku 1876, kiedy to Christopher Crawley zakupił ziemię w Junee, ziemię, na której niedługo później stanął jego dom. Dom, którzy przez lata był świadkiem kilku tragedii, a obecnie podobno nawiedzany jest przez duchy zmarłych tam osób.

W kilka lat Crawley zbił fortunę na wybudowaniu hotelu w pobliżu nowo powstałych torów kolejowych The Great Southern Railway Line. Musimy pamiętać, że to były czasy, w których Australia dopiero „powstawała”, więc budowa linii kolejowej sprawiła, że Junee z małej wioski z kilkoma farmami szybko zamieniło się w miasteczko, czyniąc z Crawleya figurę ojca założyciela. Dzięki zgromadzonemu majątkowi mógł on pozwolić sobie na rozbudowę miasta, sponsorując między innymi budowę kościoła czy bardziej rozpustnych przybytków (jak pierwszy w mieście bar ( ͡° ͜ʖ ͡°) ). Monte Cristo (dosłownie Góra Chrystusa) znajdował się na wzniesieniu – dzisiaj nie rzuca się już w oczy, ale jeszcze 100 lat temu, kiedy okolica była mniej zabudowana, gmach zdecydowanie wybijał się ponad miasto.
Pan Crawley, wraz ze swoją żoną Elizabeth, doczekali się siódemki dzieci – czterech córek i trzech synów. I mogłoby się wydawać, że wszystko w ich życiu układa się pomyślnie, gdyby nie wypadek w którym zginęła najmłodsza córka Crawleyów, 10-miesięczna Magdalene (niektóre źródła podają imię Ethel). Wypadek, który zapoczątkował spiralę przekleństw, jakie spadły na dom.

Nikt do końca nie wie, co się wydarzyło. Legendy głoszą, że niania przypadkiem potknęła się i upuściła dziecko, które później zmarło w ramionach swojej matki (pani Crowley nie było w domu, gdy wydarzył się wypadek i nikt nie odważył się ruszyć ciałka, dopóki nie wróciła). Niania zarzekała się, że coś siłą wypchnęło dziecko z jej rąk. A może została tylko przekupiona, by upuścić je celowo? Być może dorastające dzieci chciały się pozbyć dużo młodszej siostry, która była oczkiem w głowie matki i której być może przypadłby w spadku cały majątek? Bo wbrew zwyczajowi panującemu w owych czasach, pan Crowley nie zamierzał przepisać spadku na najstarszego syna, lecz na swoją żonę.
Problematyczną sytuacją było też to, że Elizabeth Crawley była w połowie aborygenką, a małżeństwo z bogatym Anglikiem w oczach postronnych wyglądało na nie lada mezalians. Dzieci mogły się więc obawiać, że po śmierci ojca, majątek zostanie siłą odebrany ich matce.

Do tego dochodziły liczne gwałty, jakich dokonywał Pan Crowley oraz jego synowie na pracujących w domu służących. Pokojówki, młode dziewczyny z biednych domów które przybywały z Anglii, by służyć w domach bogatych osadników, często zachodziły w ciąże. Opowieść głosi, że jedna z nich umarła w pokoju córek Crowley’ów podczas porodu. Inna zginęła wykrwawiając się na schodach ganku. Niektórzy sądzą, że było to samobójstwo. Według relacji kilku medium, pokojówka wypadła zza balustrady przypadkiem. Są też tacy, którzy upierają się, że została wypchnięta przez Panią Crowley celowo, gdy naiwnie zagroziła jej, że mając dziecko z Panem Crowley, stanie się nową panią domu. Prawdy nie da się ustalić, ale o tym wydarzeniu do dziś przypomina wyblakła plama na schodkach prowadzących do głównego wejścia, powstała w skutek zastosowania wybielacza, którego użyto do wywabienia się śladów krwi.

To nie koniec tragedii, jakie spotykały służbę w domu. Za najbardziej nawiedzone miejsce uważa się pomieszczenie będące swojego czasu stajnią i „garażem” dla powozów. Morris, chłopiec stajenny, zmarł tam po tym, jak złożony chorobą nie mógł wstać do pracy. Jego przełożony, myśląc że ten jedynie udaje, podpalił materac, na którym młody stajenny spał. Chłopiec przeżył podpalenie, ale w wyniku licznych poparzeń i zakażenia, zmarł kilka tygodni później. Dziś jego duch przemieszczający się między powozami jest zazwyczaj widziany przez dzieci odwiedzające Monte Cristo podczas day tours.

Pan Crowley zmarł w 1910 w wyniku zakażenia, jakie wdało się w niewielką rankę, którą miał na szyi; rankę spowodowaną tak drobną rzeczą, jak ocieranie się jego szyi o wykrochmalony kołnierzyk. Zmarł w pokoju, który kiedyś był sypialnią jego synów – pokoju uważanym za drugie najbardziej przygnębiające miejsce w domu. Odwiedzający go goście skarżą się na ból głowy czy trudność w złapaniu oddechu. Często da się tam wyczuć też zapach nieżywej myszy, choć – jak usłyszycie w dołączonym do wpisu filmiku – to podobno wcale nie mysz, lecz gnijąca skóra na szyi Pana Crowleya.

Majątek przypadł w spadku wdowie, która podobno tylko kilka razy opuściła swój pokój po śmierci męża. Jej dzieci kilkakrotnie próbowały namówić ją na wyprowadzkę, by sprzedać dom i podzielić się między sobą pieniędzmi – kobieta jednak nigdy się na to nie zgodziła. Zmarła w 1933 roku, na skutek pęknięcia wyrostka robaczkowego. To jej duch jest podobno dominujący i najczęściej można go spotkać. Szczególnie w niewielkim pokoju na piętrze, tuż obok feralnej balustrady. Pokój ten służył jej za kapliczkę, w której modliła się niemal do końca swoich dni.

Ponieważ wszystkie dzieci Crowley’ów wyjechały z Junee i pewnie zauważyliście, nie bardzo zależało im na domu, do sprawowania pieczy nad majątkiem zatrudniono kobietę, która zamieszkała tam ze swoim małym synkiem. W wyniku nieszczęśliwego wypadku, chłopiec został przygnieciony przez konar. Nie umarł, ale ponieważ został uderzony między innymi w głowę, zatrzymał się w rozwoju. Dla „jego dobra”, przykuto go metalowym łańcuchem do ściany izby. Przez dziesięciolecia nikt nie interesował się jego losem, co więcej, ponieważ w nocy często słychać było jego wycie, bano się zbliżać do posiadłości. Dopiero gdy jego matka przez dłuższy czas nie pojawiała się w mieście, ktoś postanowił ich odwiedzić. Okazało się wówczas, że kobieta nie żyła już od około tygodnia, a przy jej rozkładającym się ciele spał przykuty syn.
Ostatni zarządca domu również nie miał szczęścia. W 1961 roku, po seansie „Psychozy” Alfreda Hitchcocka, lokalny chłopak postrzelił go w klatkę piersiową, po czym zostawił na jednej ze ścian napis „Die Jack Die” (napis jest podobno nadal widoczny, ale nie mogłam go znaleźć). Mimo że plotka głosi, że zarządca nie przeżył postrzału – nie jest to prawdą, ale jak się pewnie domyślacie, gdy wydobrzał, nie chciał już kontynuować swojej pracy w tym spowitym złą sławą przybytku.

Nikt nie chciał, dlatego opustoszały wkrótce dom stał się miejscem popularnym wśród bezdomnych. Choć zimy w Australii nie są szczególnie ciężkie, mimo wszystko bywa tu zimno – dlatego meble, schody, a nawet większość dachu były sukcesywnie palone przez bezdomnych, którzy chcieli się ogrzać. W czerwcu 1963 roku, kompletnie zrujnowane szczątki Monte Cristo kupił Reginald Ryan, który jeszcze tego samego dnia przeprowadził się tam wraz z ciężarną żoną i małymi córkami. Czerwiec to w Australii zima, nie dziwi więc fakt, że Olive Ryan, żona Rega, nie wspomina ciepło tej przeprowadzki. Choć być może nie wspomina jej dobrze dlatego, że już od pierwszego dnia czuła tam niepokój, zwłaszcza po tym, jak zauważyła zapalone światło w pokoju na piętrze. Piętrze, do którego nie prowadziły schody, w domu, w którym od lat nie było elektryczności.

Reginald powoli przeistoczył ruinę w posiadłość, którą niegdyś było Monte Cristo. Załatał sufit, wprawił szkło w okna, dokupywał kolejne meble, by jego żona i dzieci żyły wygodnie. Na tyle, na ile wygodnie można żyć, gdy za współlokatorów ma się duchy byłych właścicieli.
Lawerence, najmłodszy syn Olive i Rega, podczas nocnego zwiedzania z chęcią przytacza różne sytuacje, w których dzielenie domu z duchami nie należało do najprzyjemniejszych. Bywało nieprzyjemne do tego stopnia, że jego starsze siostry nie chcą mieć dziś nic wspólnego z tym miejscem i zależy im na tym, by domu jak najszybciej się pozbyć. Lecz podobnie jak po śmierci Pana Crawley’a, gdy dom odziedziczyła Pani Crowley, obecnie Monte Cristo należy do Olive, żony Rega (a to nie jedyne podobieństwo rodziny Ryanów do rodziny Crawley’ów). Reginald zmarł kilka lat temu – przedtem to właśnie on oprowadzał gości po domu, jednak gdy zachorował na raka, jego syn przejął pałeczkę. Początkowo miało to trwać tylko kilka miesięcy, zanim ojciec nie powróci do sił, jednak 8 lat później Lawrence nadal się tym zajmuje.

Jak wspomniałam na początku, ghost tour rozpoczyna się od obiadu. Olive, mimo sędziwego wieku, nadal własnoręcznie przygotowuje wszystkie posiłki. Najedzeni goście rozpoczynają zwiedzanie od seansu 20-kilkuminutowego filmu, zrealizowanego na kształt paradokumentu z pobytu w domu grupy łowców duchów oraz poznania pobieżnej historii rodziny Crowley’ów opowiedzianej przez Rega i Olive.
Gdy słońce już zajdzie, podążamy za Lawrencem przez kolejne pokoje, poznając więcej szczegółów z makabrycznej historii Monte Cristo. Lawrence na każdym kroku zachęca do robienia zdjęć – za równo w nocy, jak i już później za dnia, żeby porównać, czy przypadkiem coś nie zmieniło swojego miejsca 😀 Odwiedzamy między innymi pokój, w którym zarówno Crowley’owie jak i Ryanowie zasiadali do posiłków czy byłą sypialnię Lawrenca, będąca tym samym pokojem, w którym umarł Pan Crowley.
Po zwiedzeniu parteru i piętra, gości „przejmuje” Sophia, córka partnerki Lawrenca (słychać ją na filmiku, więc pewnie zauważycie podobieństwo jej akcentu – dziewczyna jest Słowaczką :). Ta część zwiedzania obejmuje tak zwany „original homestead”, czyli część domu wybudowaną najwcześniej (wraz z powiększaniem się majątku Pana Crowley’a, powiększał się jego dom – na początku zajmował tylko kilka izb, które później przerobiono na miejsca dla służby, a rodzina przeniosła się do głównego budynku, który zwiedzamy w towarzystwie Lawrence’a). Sophia prezentuje też przyrządy, których używają łowcy duchów – chętni mogą z nich skorzystać i przekonać się, czy w ich pobliżu nie czai się jakiś duch :D.
Jeśli chodzi o tytuł „najbardziej nawiedzony” – podobno nie chodzi wcale o ilość duchów, jakie pojawiają się na miejscu, a o częstotliwość spotkań. Według relacji licznych medium odwiedzających przez lata dom, został on zbudowany na ziemi, która działa na duchy w taki sposób, że częściej objawiają się one żyjącym. Chodzi więc o to, że dużo łatwiej doświadczyć spotkania z nimi, nawet jeśli ich liczba jest niewielka. Nie znam się na tym zupełnie i przyznam, że brzmi to jak niezły bullshit, ale z przyznacie, że z marketingowego punktu widzenia „The most haunted homestead in Australia” na pewno brzmi o wiele lepiej, niż po prostu kolejny „haunted house”.

Zwiedzanie kończymy ponownie w jadalni, na słodkim deserze przygotowanym przez Olive – jak mówi Lawrence, powody są dwa. Po pierwsze, dom pełen duchów sprawia, że nasza energia zaczyna się ulatniać, więc trzeba ją jakoś uzupełnić. Po drugie dlatego, że nagły skok cukru we krwi tuż przed spaniem na pewno nie pomoże nam w bezproblemowym i szybkim zaśnięciu ( ͡º ͜ʖ͡º)

Do dyspozycji gości przygotowano 6 pokoi na piętrze (gdy chętnych jest więcej, dostępny jest też jeden mały pokój na parterze). To odnowione byłe kwatery służby – ponoć najczęściej odwiedzana przez duchy część domu. Moją największą obawą było to, że na noc są przygotowane jakieś atrakcje, o których się wcześniej nie wspomina (np. w moim pokoju znajdowała się druga para drzwi, która teoretycznie prowadziła donikąd i zakładałam ewentualność, że jest tam wbudowany jakiś mechanizm, który w nocy otwiera nagle drzwi – ale nic takiego nie miało miejsca). Tak naprawdę nie potrzeba żadnych dodatkowych straszaków, ponieważ klimat miejsca sprawia, że naprawdę nie łatwo jest zasnąć. Dodatkowo – jeśli ktoś spał kiedyś w starym domu, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko tam trzeszczy i osiada. Ściany są cienkie, więc słyszałam chrapanie kogoś z pokoju obok. Gdy ktoś z naprzeciwka wychodził do toalety, odgłosy niosły się tak, jakby szedł przez środek mojego pokoju. Ludzi o słabych nerwach, którzy przez ostatnie kilka godzin karmieni byli historiami o duchach, pewnie nie trudno przekonać, że to nie współlokatorka idąca za potrzebą, a zabłąkana dusza byłego mieszkańca.

Główna brama do Monte Cristo jest otwierana na noc – w razie gdyby ktoś w środku nocy zdecydował, że jednak nie zamierza zostać. Podobno zaczęto ją otwierać po tym, jak kilkukrotnie goście forsowali ją samochodami uciekając w popłochu. Jeśli jednak uda się przeżyć, rano na gości czeka domowe śniadanie przygotowane przez Olive oraz drobny prezent poświadczający, że mamy na tyle mocne nerwy, że udało się nam spędzić noc w najbardziej nawiedzonym domu Australii. Sophia dzieli się też ze zgromadzonymi jej własnymi doświadczeniami z nocy spędzanych w kolejnych pokojach i pyta, czy komuś z gości udało się spotkać ducha (podczas mojego pobytu tylko jedna kobieta zarzekała się, że ktoś leżał obok w niej w łóżku, reszta zgromadzonych nic nie doświadczyła – lub nie chciała się przyznać xD).
Po posiłku mamy możliwość ponownego przejścia się po pokojach, które odwiedziliśmy poprzedniej nocy i przekonania się, czy w świetle dnia wyglądają równie strasznie. Według słów Sophii i Lawerenca, tak naprawdę dla duchów nie ważna jest pora dnia, pojawiają się z równą częstotliwością zarówno w nocy jak i w ciągu dnia, więc jeśli podczas nocnego zwiedzania nie udało się nam żadnego spotkać, mamy na to jeszcze ostatnią okazję.

Czy uważam, że tam straszy? Raczej nie. Nie jestem osobą, która wierzy w takie rzeczy i noc w Monte Cristo z pewnością nie zmieniła mojego zdania w tej kwestii. Niemniej, uważam że to było bardzo ciekawe doświadczenie. Lawrence ma talent do opowiadania, wszystkich jego historii słucha się z przyjemnością. Montując film i przesłuchując materiał kilka razy zauważyłam, że niektóre wypowiedzi są mocno wystudiowane, ale jeśli tydzień w tydzień od kilku lat opowiada się tę samą historię, na pewno ma się już wypracowaną manierę mówienia. Jednak nie przeszkadza to zupełnie podczas nocnego zwiedzania. Jedynym minusem według mnie jest to, że jest ono odrobię zbyt długie i pod koniec można odczuć zmęczenie.
Raczej nie jesteśmy siłę przekonywani, że tam istotnie straszy – przeciwnie, już na samym początku Lawrence podkreśla, że to, co nam opowie to albo fakty (jak historia rodziny Crawley’ów), które łatwo sprawdzić albo rzeczy, których sam doświadczył przez kilka dekad mieszkania w Monte Cristo, ale w które my nie musimy wierzyć, bo to tylko jego wspomnienia. Sam z rezerwą podchodzi do deklaracji gości, że Ci są medium – co prawda według jego słów przez dom przewinęło się ich kilku, ale wierzył słowom tylko tych, którzy mieli w świecie łowców duchów wypracowaną renomę :D. Dla mnie plusem było też to, że nie jesteśmy na siłę straszeni, nic nie wyskakuje znienacka, a mimo to w totalnej ciemności oświetlanej tylko przez nieliczne świece i błysk fleszy aparatów, klimat pomieszczeń nadal jest niesamowity.

Starałam się ograniczyć wpis do informacji ogólnodostępnych i nie chciałam opisywać bardzo szczegółowo opowieści Lawerence’a i Sophii – bo może ktoś z Was będzie miał okazję i ochotę spędzić noc w Monte Cristo Homestead, więc nie chcę psuć wrażenia, a bardziej zainteresować miejscem. Nawet jeśli nie wierzycie w duchy – sam dom jest też pięknie zachowany i wyremontowany przez Rega i stanowi jeden z najstarszych budynków w Australii, więc wstąpienie za dnia na samodzielną day tour to też fajna ciekawostka.

****

Dodatkowo:
Kilka programów telewizyjnych na temat duchów nagrało odcinki poświęcone Monte Cristo, między innymi Ghost Hunters International produkowany przez stację SyFy –> S02E08 – w odcinku są dwie sprawy, ta w Monte Cristo zaczyna się w 23. minucie; odcinek jest trochę nudny i przypomina każdy show, który produkuje współczesne Discovery i tego typu kanały.

Tylko jeden #horror został nagrany w domu – stylizowany na found footage „Muirhouse” (2012, reż. Tanzeal Rahim). W Australii można go streamingować posiadając Amazon Prime (link), ale nie wiem, czy da się go gdzieś zdobyć w Polsce. Chociaż szczerze, oglądałam go i według mnie jest słaby (za to trwa tylko 78 minut, więc może lecieć w tle jako zapychacz czasu :D).

Oprócz Lore, kilka innych podcastów obrało Monte Cristo za temat odcinka. Były to między innymi Haunted True Crime Podcast: (odcinek 11)[https://thehauntedpodcasts.com/2018/03/29/haunted-true-crime-episode-11-monte-cristo-homestead/] – trzeba podkreślić, że to jest komediowy podcast; odpychające jest to, że narratorki nie radzą sobie z wymawianiem nazw miejsc xD, ale zadziwiająco – odrobiono poprawnie pracę domową i sporo podanych faktów zgadza się z opowieściami Lawrence’a, Haunted Places, którego narratorem jest Greg Polcyn bardziej znany z dwóch innych serii, Serial Killers i Cults (odcinek 40)[https://www.parcast.com/haunted/2018/9/20/e40-monte-cristo-homestead] – tutaj autorów wyobraźnia zbyt mocno poniosła, większość historii jest mocno podkolorowana i prawie żadne fakty nie zgadzają się z rzeczywistością oraz History Goes Bump (odcinek 51)[http://historygoesbump.libsyn.com/history-goes-bump-podcast-ep-51-monte-cristo-homestead] – całkiem fajnie przedstawione fakty plus kilka dodatkowych ciekawostek, o których nie wspomniałam w swoim wpisie.

****

Mam nadzieję, że komuś będzie się chciało przeczytać ten długaśny wpis. Miłego tygodnia Mireczki 🙂

//// #australia #podroze #turystyka #ciekawostki #paranormalne #duchy

Comments are closed.