#matiwojwchinach…

#matiwojwchinach #chiny

Xiamen (厦门) – niewielkie chińskie przybrzeżne miasto z populacją sięgającą zaledwie czterech milionów.

Jedzenie

Będąc w Xiamen nie można pominąć jedzenia. Świeże owoce morza, akwaria z krewetkami, krabami, rybami, które można wybrać, a następnie zjeść. Dziesiątki, jeśli nie setki małych lokalnych restauracji, które wyglądają niemal identycznie. Co kilka metrów z ust 老板 (laǒbǎn – właściciel sklepu/restauracji) słyszy się „helloł”, ewentualnie elaborat po chińsku, w którym zapraszają do swojego przybytku zachwalając jednocześnie jedzenie, które oferują. Owoce morza są tu tanie i smaczne. Zdecydowanie warto zahaczyć o Xiamen, szczególnie dla jedzenia.

Wyspa Gulangyu

Czyli chińskie Krupówki. Miejsce z setkami małych uliczek, na każdej dziesiątki sklepów ze wszystkim co tylko kupią chińscy turyści.

Wyspa, na którą można dostać się jedynie za pomocą promu, który płynie co 30 minut. Koszt dla mieszkańca Xiamen 8¥. Dla turysty? 35¥ i zakaz wstępu na prom przed godziną 17:30… Panie w kasie promowej mają już przygotowaną kartkę po angielsku – należy pojechać na przystań międzynarodową, skąd mogą płynąć wszyscy, bez ograniczeń. Jedynym ograniczeniem jest dostępność biletów – przyjeżdżam rowerem na Xiamen International Ferry Terminal i po chwili dowiaduję się, że najbliższy prom, na który są jeszcze bilety, odpływa za 3 godziny, a bilet kosztuje 80¥. W Hongkongu mają podobny problem – między wyspą Hong Kong a Kowloonem nie ma mostu. Jednak tam rozwiązali to znacznie lepiej – tramwaj wodny pływający co 10 minut i bilet za około 2¥…

Ludzie

Xiamen to małe miasteczko. Porównując do polskich miast, 4 miliony mieszkańców wydają się ogromną liczbą, ale na chińskie realia to niewiele.
Ludzie są zadziwiająco pomocni.
Chcę zrobić zdjęcie mapy w metrze, więc zatrzymuję się przy niej – po kilku sekundach jeden z pasażerów pyta mnie po angielsku, czy może mi pomóc, czy wiem jak dojechać. Wsiadam do wagonu metra i po kilku minutach podbiega Chinka, która pyta mnie płynnym angielskim z jakiego kraju przyjechałem, co planuję zobaczyć w Xiamen, proponuje bycie przewodnikiem po mieście. Tutaj zapala mi się czerwona lampka – jeżeli ktoś nieznajomy w Chinach zaczepia ciebie na ulicy i mówi biegle po angielsku to prawdopodobieństwo, że zaraz zostaniesz „zaproszony” na herbatę, za którą przyjdzie zapłacić kilkaset Juanów (tzw. tea scam) lub próbują cię oszukać w inny sposób jest niezwykle wysokie. Moje przypuszczenia okazują się jednak błędne. Chinka chciała po prostu porozmawiać z 外国人 (wàiguórén – obcokrajowiec), żeby poćwiczyć angielski. Wymieniamy się WeChatem (chiński komunikator) i rozchodzimy, każdy w swoją stronę.

W Xiamen naliczyłem średnio pięciu 外国人 (wàiguórén – obcokrajowiec) dziennie – mało, bardzo mało. Dlatego sprzedawcy, słyszący język chiński od obcokrajowca, są zdziwieni. Wielu z nich po kilku prostych zdaniach, wypowiada standardową formułę 你的中文很好 (Nǐ de zhōngwén hěn hǎo – Twój chiński jest bardzo dobry), pomimo tego, że to nieprawda. Zjawisko pokazywania palcem na 外国人 (wàiguórén – obcokrajowiec) na ulicach jest tutaj jeszcze bardziej zauważalne niż w Shenzhen czy nawet Kantonie.

Pieniądze

Chiny rozleniwiają – od 3 miesięcy ani razu nie użyłem papierowych Juanów. Przyzwyczajony do codziennego płacenia telefonem za wszystko (nawet grajkowie uliczni mają wydrukowany QR Code) nie noszę gotówki. Płacenie WeChatem w mniejszym mieście jak Xiamen, powoduje: 1. Śmiech sprzedawcy, 2. Serię pytań po chińsku, 3. Kciuk uniesiony w górę lub inny gest, ukazujący uznanie.

#podrozujzwykopem #podroze

Comments are closed.